Beata - KZ Zbór Oaza Miłości - Jastrzębie Zdrój

Beata

Czytelnia » Świadectwa » Beata

      Nazywam się Beata. Wychowałam się w rodzinie katolickiej. Przyjęłam wszystkie sakramenty, jak na katolika przystało i w każdą niedzielę chodziłam do kościoła - byłam więc prawdziwą katoliczką! :)))
      W domu o Bogu nie rozmawialiśmy, Bóg był tylko w kościele. Zastanawiałam się czasami jak tak może być? Godzina na tydzień? I to wystarcza? Zastanawiałam się też nad ludźmi, którzy wychodząc z kościoła już zaczynali obmawiać innych! Jak to możliwe? Przecież przed chwilą słyszeliśmy Słowo Boże i mamy postępować według niego.
      Moje życie było takie sobie, nie mogłam się w nim jakoś odnaleźć. Czułam się zawsze gorsza od innych. Przed przyjaciółmi starałam się być sobą i tylko oni tak naprawdę mnie znali. Obce osoby zawsze mnie przerażały, bałam się o to, co sobie o mnie pomyślą i jak mnie odbiorą. W większym towarzystwie starałam się zawsze trzymać na uboczu i wypatrzeć osobę ,,podobną" do mnie, z którą mogłabym zagadać.
      Wszystko zaczęło się zmieniać kiedy znalazłam hobby, które mnie pasjonowało od zawsze. Było to rycerstwo! Poznałam tam takich samych ,,wariatów" jak ja i z nimi czułam się dobrze! Znalazłam swoją radość i moje życie zaczynało nabierać sensu. Tam właśnie poznałam Arka, który zaczął mówić mi o... Babie, który żyje w Indiach i jest kolejnym wcieleniem Jezusa. Mówił o cudach, które czyni, i że każdego roku setki ludzi wyjeżdżają do Indii, aby się z nim spotkać. Arek mówił też o Marii Magdalenie, że była żoną Jezusa, i która po Jego śmierci uciekła do Francji wraz z Jego potomkiem. (Wiem, że to co tu wypisuję to herezje, ale ja w nie niestety wierzyłam!) Zaczęłam kupować różne książki tj. ,,ŚWIĘTY GRAAL, ŚWIĘTA KREW" , ,,EWANGELIA MARII MAGDALENY", ,,EWANGELIA TOMASZA" i wiele innych. Lubiłam czytać o Templariuszach, z którymi wszystko to się wiązało. Każda kolejna książka była ciekawsza i bardziej interesująca. Sprawiło to, że zaczęłam odsuwać się od kościoła, w którym zaczęłam widzieć fałsz i zakłamanie. Spowodowało to również odsuwanie się od Boga, chociaż ja na swój sposób Go chyba szukałam, ale to co robiłam, oddalało mnie od Niego coraz bardziej. Chodziłam do kościoła, ale to była już tylko rutyna, aby mieć spokój w domu. Przestałam się modlić, wszystko było mi obojętne. Jedyną moją radością było moje hobby, któremu poświęcałam się coraz bardziej.
      Nadeszło Boże Narodzenie (2006r.) i czas spowiedzi, ale jak robić coś w co się już nie wierzy? Usiadłam więc w ławce i zaczęłam wyznawać swe grzechy bezpośrednio Bogu. Poczułam, że coś się we mnie dzieje i zaczęłam płakać. Zaraz jednak nasunęły mi się myśli: ,,PO CO PŁACZESZ? WŚRÓD TYLU LUDZI? WSZYSCY CIĘ ZNAJĄ! JAK TO WYGLĄDA?" Pozbierałam się więc i wróciłam do domu.
      Bóg jednak nie opuścił swej błądzącej owieczki i działał dalej podsuwając mi moją przyjaciółkę Ewelinę, którą również poznałam w bractwie. Ona zaproponowała mi wyjazd wraz z jej mamą i jej siostrą do wspólnoty ,,Odnowa w Duchu Świętym'' do Raciborza, więc pojechałam. Hmm... było inaczej, a kiedy rozpoczęła się modlitwa i ogólny szum i jeszcze modlono się na języki. Z jednej strony chciało mi się śmiać, a z drugiej byłam zaskoczona. Pomyślałam jednak ,,To nie dla mnie!" i że raczej już tu nie wrócę. Poznałam później parę osób z tej wspólnoty, byli bardzo fajni i mili, ale jakoś mnie do nich nie ciągnęło. Później Ewelina wyjechała do Niemczech na trzy miesiące i wszystko było po staremu, jednak prawdziwe zmiany miały się dopiero zacząć!
      Po powrocie Eweliny w naszych rozmowach coraz większą rolę zaczął odgrywać Bóg i Biblia. Pomyślałam sobie wówczas ,,Byłaś fajna , ale co oni ci tam w tych Niemczech zrobili?" Do tego doszła jeszcze Sabina, którą również poznałam w bractwie mimo, że mieszkamy od siebie z 500 metrów.
Ewelina zapraszała nas na herbatki do siebie, gdzie wraz z mamą Gabrysią opowia-dały nam o Jezusie i Jego cudach, których dokonuje w naszych czasach. Sabina była bardziej chłonna, dlatego Gabrysia koncentrowała się wpierw na niej, z czego ja nie powiem, że nie byłam zadowolona. Mówiła mi, że na mnie też przyjdzie czas, a ja sobie myślałam ,,tak, tak gadajcie sobie!? Wracając wspólnie, rozmawiałyśmy z Sabiną o Bogu i zawsze dochodziłam do wniosku, że to nie dla mnie, bo jak to będzie? Przyjdzie Jezus i zabierze mi wszystkie uciechy z życia? Będę tylko mówić o Nim, a co z resztą? Hehehe... Gdybym tylko wiedziała jak bardzo się wtedy mylę!!!
      We wrześniu Ewelina zaproponowała mi wyjazd na nabożeństwo do Kościoła Zielonoświątkowego do Jastrzębia, do którego wraz z matką zaczęły uczęszczać. Jako, że zawsze byłam otwarta na wszelkie nowości więc się zgodziłam. Mówię więc w domu dokąd chcę jechać i jak nie wysłucham ,,po co tam chcę jechać?że to poganie! że nie wierzą w Maryję! i że ta msza się nie liczy, że jak wrócę to mam iść jeszcze raz na ,,normalną" mszę?. Sprzeciwiłam się mówiąc, że Bóg jest wszędzie i że nie pójdę dwa razy na mszę! ja??? co to, to nie!!!
      Pojechałam więc do Jastrzębia. Na nabożeństwie było niesamowicie! Ludzie modlili się i śpiewali z taką pasją jakiej jeszcze nigdy nie widziałam!!! Pieśni były przepiękne! Pomyślałam wtedy, że w końcu tak naprawdę sobie pośpiewam! Kto był w kościele katolickim to wie jak tam to wygląda - każda msza to pod tym względem pogrzeb! Zabieram się więc do śpiewania a tu co?? Klucha w gardle i łzy w oczach. Myślę więc co się dzieje??? No nic, jakoś przetrwałam to nabożeństwo, hamując co chwilę płacz.
Wróciłam do domu i myślę sobie, a niech tam, pójdę jeszcze na tą ,,naszą'' mszę dla świętego spokoju! Dziwne było jednak to, że nie czułam już w sobie tego buntu, który odczuwałam jeszcze parę godzin temu. Idąc drogą czułam się jakoś inaczej, ciut lepsza, radośniejsza, po prostu inna! Stojąc na mszy, zaczęłam się zastanawiać jak ja tu mogłam przez całe życie wytrzymać??? Pomyślałam ,,Panie Boże co ja tu robię? Chcę śpiewać Ci i chwalić Cię tak jak robią to w Jastrzębiu, a nie zasmucać Cię takimi lamentami!!!"
W następną niedzielę przypadło mi iść do ,,naszego" kościoła z matką, bo ojciec musiał wyjechać i zabrał samochód. Czułam się tam jak skazaniec. Śpiewałam tylko pieśni o Jezusie, a przez resztę mszy milczałam, wiem że to było głupie, ale reszta mnie po prostu drażniła! Postanowiłam sobie wtedy, że jak nie będę mogła jeździć do Jastrzębia to w żadnym innym kościele mnie już nie zobaczą!
      Z obawą czekałam następnej niedzieli. Obudziłam się rano i myślę co by tu zrobić, żeby jechać? Pierwszą myślą było - zabiorę auto i ucieknę!?, ale zaraz przyszła następna- ,,nie, nie to na pewno się Bogu nie spodoba!", więc jak to zakomunikować rodzicom? Zaczęłam się więc modlić ,,Panie Boże, jedynie Ty możesz mi teraz pomóc! Proszę Cię tak bardzo odpowiedz mi co mam robić! Może ja naprawdę błądzę i to co chcę zrobić jest złe?" Pełna obaw chwyciłam Biblię, otwieram, a tu ,,od tej pory postępuj już według praw Boskich, a nie ludzkich.'' Byłam w szoku! Bóg mi odpowiedział! Czułam, że mam tam jechać, że to Jego wola i On mi to potwierdził! Byłam szczęśliwa, ale...zostali jeszcze rodzice! Czułam się jak przed najgorszym egzaminem. Podeszłam więc do nich i mówię, że ,,od tej niedzieli będę jeździć do kościoła Zielonoświątkowego do Jastrzębia, żebyście potem nie myśleli, że w ogóle nie chodzę do kościoła". Hmm...wysłuchałam swoje, że zwariowałam, że jak mogę zmieniać wiarę itd., ...ale i tak w tym momencie najważniejsze było to, że mogłam jechać tam gdzie czułam się szczęśliwa i bez jakichkolwiek tajemnic i kłamstw!
We wtorek odbywała się grupa domowa u siostry Marzeny, na którą też się wybrałam. Śpiewaliśmy pieśni i modliliśmy się, i tak w pewnym momencie naszły mnie myśli ,,Po co tu jesteś? Możesz przecież wyjść i nikt cię nie będzie zatrzymywał! No, może Ewelina, ale masz przecież auto!" :))) I zaraz inne ,,Przecież możesz jeszcze na chwilę wytrzymać!" Postanowiłam więc zostać. Na koniec kiedy się żegnałam zaczęłam płakać. Siostra Marzena zapytała wtedy, czy nie chciałabym pomodlić się o przyjęcie Jezusa? Powiedziałam, że tak, ale do końca nie byłam tego pewna, nie chciałam im po prostu robić przykrości. Pół modlitwy wypowiedziałam naprawdę z serca, ale potem przyszły znów myśli ,,Po co ci to wszystko? Wyjdź stąd!" i zaraz następne ,,Przecież modlitwa jeszcze nikomu nie zaszkodziła!". Zostałam i dokończyłam modlitwę, ale czułam, że to już nie jest szczere. Po modlitwie nie odczuwałam żadnych zmian, ale siostry się cieszyły z mego nawrócenia, więc cieszyłam się z nimi.
      Moje prawdziwe nawrócenie, przynajmniej tak w moim odczuciu, dokonało się 12.10.2007 kiedy w naszym zborze gościł pastor Suszek. Postanowiłam sobie wtedy, że jeśli ten człowiek, który był księdzem katolickim mnie nie przekona, to już nic mnie nie przekona! ...Wow! I jeszcze jak mnie przekonał! Ta nauka była stworzona jakby dla mnie! Na koniec, kiedy zaproszono do przodu osoby, które chcą przyjąć Jezusa, poczułam, że muszę iść! Coś gdzieś w środku rozpierało mnie i ciążyło mi coraz bardziej! Cała zapłakana poszłam. Słuchałam modlitwy pastora, a kiedy skończył i wróciłam na miejsce poczułam się tak lekko i radośnie, że trudno to opisać!!! Czułam, że nie ma dla mnie rzeczy niemożliwych! Jako, że za niedługo miałam zdawać egzaminy do policji, gdzie między innymi trzeba przeskoczyć 4 skrzynie, 1, 10 wysokie, oddalone od siebie ok. 1 metra, pomyślałam, że gdyby te skrzynie stały tu teraz to dla Ciebie Jezu przeskoczyłabym je wszystkie naraz!!!
      W jakiś czas po moim nawróceniu zaczęłam odczuwać strach, szczególnie wieczorami kiedy miałam iść spać. Czułam po prostu, że coś jest nie tak, że coś jest obok mnie. Bałam się nocy. Chcąc to przezwyciężyć modliłam się i śpiewałam sobie pieśni z nabożeństw. W nocy nie mogłam spać, wciąż się budziłam, a przez myśli przewijały mi się jakieś biblijne cytaty. Było to dziwne ponieważ nigdy nie miałam podobnych kłopotów ze snem. Trwało to około 2 tygodni, do momentu kiedy w mojej niebieskiej Biblijce otworzyłam Psalm, nie pamiętam już dokładnie który, ale była w nim mowa o tym, że ,,Bóg jest twoją twierdzą!" I to było coś dla mnie! Zaraz wyobraziłam sobie potężną i niewzruszoną twierdzę i pomyślałam sobie - głupcze, jak możesz się bać, gdy Bóg jest twoją twierdzą i jest zawsze z tobą! Od tego czasu wszystko wróciło do normy.
      W listopadzie miał się odbyć w naszym zborze Chrzest wiary. Ja ciągle jednak odczuwałam, że nie jestem tego godna, że to jeszcze nie czas dla mnie, i że muszę z tym poczekać. Jednak dzięki usłudze naszego pastora na temat chrztu zrozumiałam, że to kolejny i nieodwołalny krok w moim życiu, który muszę dokonać.
      25 listopada przyjęłam Chrzest. Nie było na nim nikogo z mojej rodziny, tylko przyjaciółki i koledzy. Nim rano wyjechałam, poszłam do moich rodziców i przeprosiłam ich za wszystko, czym ich do tej pory skrzywdziłam i powiedziałam, że ich kocham, a mama na to, że gdybym ją naprawdę kochała to bym jej nie wpędzała do grobu. Poczułam się wtedy strasznie. Chrzest był jednak dla mnie najważniejszy i postanowiłam sobie, że nic mi nie zakłóci tej wielkiej radości. I tak też było !
      Mimo, że od pół roku nie mam pracy, nie czuję, żeby mi czegoś brakowało do szczęścia (poza pracą oczywiście). Mam jednak wrażenie, że to czas dany mi od Boga, żeby móc z Nim spędzać więcej czasu i zastanowić się nad swoim życiem. Dzięki Niemu patrzę teraz na świat innymi oczyma!
      Mam szczęście, że mieszkam z rodzicami, bo zawsze mogę liczyć na ich pomoc i chociaż nie akceptują mego wyboru to od kiedy idę za Jezusem, nie stawiają mi większych przeszkód. Czasami bywa jednak różnie, bo to ja jestem ta "inna", ale jeżeli wybrałam Boga, to czy może istnieć lepszy wybór?
      Na początku, kiedy wracałam z nabożeństw, mama zawsze narzekała co tam tak długo robię, że kiedyś nie mogłam godziny wytrzymać w kościele, a teraz wracam po trzech!? To jej odpowiadałam, że teraz trzy to jeszcze dla mnie za mało! I to szczera prawda!!!:))))
      Dziękuje Bogu za Zbór, za wszystkie siostry i braci, których postawił na mej drodze. Bóg daje mi tyle radości ile nigdy bym sobie nawet nie mogła wyobrazić. Chwała Mu za to!!! Kocham Cię Jezu!!!
      To co opisuję i to co przeżyłam nie jest możliwe bez prawdziwego poznania Boga! Tego nie może sprawić w nas żaden człowiek nawet ksiądz albo pastor! Nasze życie może zmienić tylko JEZUS!!! Wiem, że Jezus wybaczył mi wszystkie moje grzechy! To On tego dokonał, abym mogła rozpocząć moje życie na nowo, ale teraz już nie sama tylko razem z moim Zbawicielem, ponieważ to On pragnie mnie teraz prowadzić i to On obdarowuje mnie wiarą, która mnie zmienia! A najlepsze w tym jest to, że zapraszając Go do swego serca możemy tylko zyskiwać! Więcej i więcej! Każdego dnia na nowo! I tylko to co NAJLEPSZE!!!

      Chwała Tobie za to Panie!!!  Amen