Ewa Rduch
Czytelnia » Świadectwa » Ewa Rduch
Bóg jest dobry. Dowiedziałam się o tym niedawno.
W grudniu 2001 roku narodziłam się na nowo i nawróciłam do Jezusa. Przeżyłam osobiste z Nim spotkanie i od tej pory doświadczam realności Jego obecności. Największą radością mojego życia jest odkrywanie na co dzień, że Bóg istnieje, Jego Słowo jest prawdą i On nagradza tych, którzy Go usilnie szukają. Jezus Chrystus jest rzeczywistością i On się nigdy nie zmienia, jest taki sam wczoraj, dziś i na wieki. Duch Święty objawia mi obietnice, które budują moją wiarę, ponieważ one po prostu się wypełniają. Żadna obietnica, którą dał Bóg jeszcze nie zawiodła, wypełniły się wszystkie. Bo Bóg posyła Swoje Słowo, które nie wraca do Niego puste, ale spełnia Jego wolę. Wiara to pewność tego czego się spodziewam, to przeświadczenie o tym czego jeszcze nie widzę – te słowa były i są dla mnie wielką podporą w bardzo trudnych chwilach mojego życia.
W grudniu 2001 roku lekarze rozpoznali u mnie złośliwe komórki nowotworowe. Na początku dramat, ale w chwilę później myśl, że jeśli ma nadejść dla mnie jakaś pomoc to może ona przyjść tylko ze strony Boga. Nic nie wiedziałam o Bożych obietnicach dotyczących uzdrowienia ale uchwyciłam się tej myśli. Zresztą nie było człowieka, który mógłby mi zapewnić pełne powodzenie w mojej sprawie, nawet lekarze mają tylko ograniczone możliwości. Nie wiedziałam co czynić. Byli przy mnie wierzący ludzie, którzy zachęcali do czytania Biblii. To moja siostra Basia ze swoim mężem Wojtkiem pierwsi modlili się o mnie jeszcze w dniu, w którym wróciłam do domu ze złymi wynikami.
Zaczęłam czytać Boże Słowo w desperacji. Rozpoczęłam od Psalmów i Bóg zaczął do mnie mówić. Chciałam tego i potrzebowałam bardzo. Powiedziałam, że zrobię dosłownie wszystko, bo chcę żyć. Wierzący mówili mi, że będę żyć, bo to jest wolą Bożą. Podkreślałam wszystkie wersety w Piśmie Świętym, które mnie dotykały a mówiły o zdrowiu i życiu. Zapisywałam każdy najdrobniejszy przejaw nadziei /np. gdy ktoś wypowiedział do mnie słowo pocieszenia lub to, co przeczytałam w Biblii i dotykało mnie/. Nie wstydziłam się prosić wszystkich o modlitwę, wyznawałam, że tylko w jej moc wierzę i tylko Bóg może mi pomóc.
Niejednokrotnie wprowadzałam zakłopotanie wśród znajomych samą mową o Jezusie, modlitwie i wierze, ale nie obchodziło mnie to, co powiedzą i pomyślą ludzie. I taką postawę pielęgnowałam. Zresztą w tej sytuacji byłam zdesperowana i konwenanse nie były dla mnie ważne. I Bóg przyznawał się do mnie. Odpowiadał mi na pytania, dawał obietnice, mówił w taki sposób, że nie miałam wątpliwości, że to On. Bóg jest dobrym Ojcem, możemy wołać do Niego „Abba Ojcze”. On zniża się do naszego poziomu aby okazać nam swoją miłość.
Tak naprawdę to Boża miłość zmieniła moje życie, nic innego, ale doświadczenie, że Bóg mnie kocha, jest mną zainteresowany i mogę czuć się w Nim bezpiecznie.
To trudno nawet opisać ale całe życie szukałam kogoś kto mógłby zapewnić mi poczucie bezpieczeństwa, miałam tak ogromną potrzebę kochania i doświadczenia miłości doskonałej , że aż pobłądziłam. Ale teraz wiem, że Bóg jest tym, który zaspokaja wszystkie moje potrzeby, żaden człowiek nie jest w stanie tego uczynić.
Niesamowitym było dla mnie odkrycie, że Bóg nie zesłał mi choroby, choć inni to tak tłumaczyli na swój ludzki sposób.
Żyłam w grzechu i niektórzy o tym wiedzieli. Nie robiłam zresztą nic co by
i inni ludzie na tym świecie nie robili. Łatwo grzech można wytłumaczyć sytuacją, prawem do szczęścia, tym, że inni też tak żyją. Prawda, którą Duch Święty mi pokazał była jednak inna.
Bóg dotknął mnie poprzez uświadomienie mi grzechu. Wówczas zaczęła się moja najprawdziwsza pokuta, wstyd i zwrot o 180 stopni, po prostu nawrócenie. Bóg uwolnił mnie natychmiast z chronicznej depresji trwającej ponad 2 lata. To było pierwsze namacalne działanie Boże.
Nie było dla mnie wówczas żadną trudnością spalić listy, które związywały mnie w smutku, wyrzucić książki i przedmioty związane z przeszłością, a które były dla mnie złe. Tak bardzo chciałam żyć. Wyrzekłam się złych słów, które wypowiadałam o moim życiu, dzięki którym mogłam sprowadzić na siebie chorobę i przekleństwo. Zaparłam się siebie, swoich własnych ludzkich pragnień życia po swojemu, poddałam się prowadzeniu Bożemu. To wcale nie było łatwe, jednak Słowo Boże mówiło wyraźnie co mam robić i jak żyć, wzięłam na siebie Krzyż związany z życiem po Bożemu. Przeprosiłam osoby, wobec których zawiniłam i wobec których wydawało mi się, że zawiniłam. Co jakiś czas Bóg pokazywał mi co jeszcze powinnam zrobić i to czyniłam. W efekcie tego uzdrowiła się moja relacja z córką, mężem, rodzicami. Mój tata zapytał skąd ja mam tę radość? I powiedział, że teraz to nawet nie potrafi się ze mną pokłócić!
Uzdrowienie fizyczne nie przyszło od razu. Teraz, po tylu miesiącach zmagań wiem, że ten czas służył ku zbudowaniu mojej wiary. Wiem, że każdy może zostać uzdrowiony przez wiarę. Jezus, gdy chodził po ziemi, przede wszystkim wypędzał demony, uwalniał, wstawiał się za potrzebującymi i uzdrawiał wszystkich, którzy do Niego się zwrócili. Dużym odkryciem było dla mnie to, że w Nowym Testamencie nie ma ani jednego fragmentu, w którym by Jezus kogoś, kto do Niego przyszedł nie uzdrowił. To świadczy o Bożej naturze, a Jezus był odbiciem natury i woli Boga. Nie uzdrawiał tylko tam, gdzie brak wiary ludzkiej na to nie pozwalał. Odkryłam też, że w wielu momentach Jezus najpierw odpuszczał grzechy a potem uzdrowienie było rezultatem nawrócenia się człowieka.
Oczekiwałam kiedy Bóg wybaczy mi grzechy i choć wiedziałam, że samo wyznanie grzechu uwalnia Boże przebaczenie to chciałam potwierdzenia i otrzymałam: Ps.103.9 „Bóg nie prawuje się ustawicznie i nie gniewa się na wieki”. Pamiętam była to niedziela i prosiłam w modlitwie Boga, by mi potwierdził, że wybaczył mi grzechy i wtedy to przeczytałam. Dotknęło mnie to Słowo bardzo.
Obecność Boża nie odstępowała mnie. Nie rozumiałam tylko dlaczego jeszcze ten guz, który było widać na zewnątrz w pachwinie, nie zniknął. Oczekiwałam tego.
„Nie puszczę się Ciebie, Boże, póki mi nie pobłogosławisz” - tak mówiłam. Jak ta kobieta cierpiąca na krwotok z determinacją przedostała się przez tłum i chwyciła się szaty Jezusa, i wierzyła, że będzie uzdrowiona tak i ja zrobiłam.
Jak ślepiec wołał do Jezusa „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną” . Jezus się zapytał: ”co chcesz abym ci uczynił”? Ślepiec odpowiedział: „Mistrzu, abym przejrzał”. Tak ja wołałam do Boga mówiąc:” Mistrzu aby guz zniknął”. Tak jak Jezus przeklął drzewo figowe i uschło ono od korzeni, tak ja przeklinałam guz we mnie i mówiłam niech uschnie i niech zniknie w Imieniu Pana Jezusa. Dowiedziałam się z Listów Apostolskich kim jestem w Chrystusie i że mogę w ten sposób mówić do gór aby się przeniosły, do guzów aby znikały, do chorób aby ustępowały. Jestem dzieckiem Bożym, siedzę z Jezusem po prawicy Boga Ojca
w niebie już teraz w wymiarze duchowym i mam wszystko, co jest na tej ziemi pod moimi stopami, mam władzę deptania po wężach i skorpionach i całej mocy nieprzyjacielskiej dzięki ofierze Jezusa na Krzyżu.
Łaknęłam każdego świadectwa od ludzi uzdrowionych lub dotkniętych Bożym cudem i Bóg dawał mi możliwości słuchania o tym. To było dla mnie ogromną pociechą. Wiara wzrastała.
Wykonywałam Boże Słowo z dziecięcą ufnością. Jest napisane aby starsi w wierze modlili się o chorego namaściwszy go oliwą w imieniu Pańskim. A modlitwa płynąca z wiary ma uzdrowić chorego. Jeśli o mnie chodzi to ten moment przyjmuję jako początek mojego uzdrowienia. Gdy wróciłam do domu po takiej modlitwie, przygotowywałam obiad i w pewnym momencie poczułam wyraźne ciepło w miejscu mojej choroby. Było to z pewnością nowe doświadczenie i na pewno nigdy przedtem czegoś takiego nie poczułam, niemniej wciąż nie miałam dobrych wieści od lekarzy.
Pamiętam też gdy byłam sama w domu, zapragnęłam aby ktoś był w tym czasie ze mną i przytulił mnie ale nie było nikogo w domu.
Po kilku minutach moja siostra przesłała mi SMS ze Słowem: „Ulubieniec Pana bezpiecznie mieszka przy nim, osłania go przez wszystkie dni, a w ramionach jego przebywa” /V Mojż. 33.12/.
Chwała Panu, czyż On nie jest cudowny?
Innym razem znów gdy obudziłam się rano, miałam świadomość, że całą noc przebywałam w obecności Pana Jezusa - to było cudowne przeżycie, którego pozwolił mi Bóg doświadczyć.
Kiedyś, również w nocy, obudziłam się w momencie uczucia wyrywanego mi
z głowy włosa. W tej chwili przeleciała mi myśl lub głos: „Włos ci z głowy nie spadnie”. Szukałam na drugi dzień w Biblii tych słów i znalazłam je w kilku miejscach jednak nie wiedziałam co mogą one znaczyć dla mnie. Po kilku dniach otrzymałam ich zrozumienie tj. Bóg dał mi przekonanie, że nie spotka mnie chemioterapia i jej skutki w postaci wypadania włosów. Po jakimś czasie właśnie lekarz powiedział mi, że czeka mnie długie leczenie chemią i radioterapią. Bóg zawsze uprzedzał mnie wcześniej o wydarzeniach
i uspokajał, dając Słowo. Obietnica ta wypełniła się – nie miałam chemii!
Poddałam się operacji, usunięto mi guza z pachwiny. Leżąc w szpitalu, po operacji, gdy wyjęto mi dren z nogi, noga mi napuchła, bardzo się przestraszyłam, modliłam się, aby Bóg był ze mną i pocieszył mnie. Otworzyłam tego wieczoru Biblię na zasadzie przypadku, na Ewangelii Łukasza 14.1-6 „Uzdrowienie w sabat cierpiącego na puchlinę wodną”. Tak się wtedy ucieszyłam, po prostu na łóżku zaczęłam się śmiać i chwalić Boga,
i powiedziałam o tym co mi się przydarzyło mojej współlokatorce. Ona wykrzyknęła: „Jezusie, tyś tu jest! A pani ma Ducha Świętego”!. Było to świadectwo Bożej obecności.
Jak się okazało, po badaniach wyciętego guza był to nowotwór złośliwy. Lekarze szukali dalej i po zrobieniu rezonansu okazało się, że jest jeszcze naciek tego guza w miednicy małej. Nie ukrywano, że to beznadziejna sprawa, bo nie do końca operacyjna, ponieważ biegnie pod naczyniami i nie ma do tego łatwego dostępu. Zdecydowali się więc na naświetlania przedoperacyjne, potem operację a potem znowu naświetlania wewnątrz pachwiny.
Zaczął się dla mnie koszmar. Przyjęto na oddział radioterapii, przygotowywano mnie do naświetlań i wykonywano dodatkowe badania. Moją sprawę przedstawiono na konsylium ogólnoinstytutowym.
Muszę przyznać, że i tu Bóg mnie prowadził, bo gdy przyjęto mnie w kwietniu na oddział w planie miałam tam być co najmniej 6 tygodni, a ja pragnęłam wyjechać na długi weekend majowy gdzieś nad morze aby odpocząć.
Z ludzkiego punktu widzenia było to niemożliwe, a jednak Bóg pokrzyżował plany lekarzy i dał mi wytchnienie, taką górę Horeb, gdzie mogłam odpocząć.
Lekarze zwolnili mnie ze szpitala pod koniec kwietnia, by ponownie przyjąć na początku maja i tak mogłam wyjechać z rodziną do Chorwacji na piękny wypoczynek. Tam spotkało mnie wypełnienie wizji, którą dostałam leżąc w rezonansie magnetycznym i bojąc się bardzo. Bóg włożył mi wtedy do serca pragnienie bycia z moim mężem /nie mieszkaliśmy ze sobą od dwóch lat/ i ukazał mi nas /mnie, męża i córkę/ w jakimś pięknym, słonecznym miejscu.
Tę wizję zachowałam i gdy Bóg połączył nas na nowo i wyjechaliśmy w maju do Chorwacji, spotkałam to miejsce z rezonansu, zatrzymaliśmy się tam i zrobiliśmy sobie zdjęcie. Bóg jest wierny i wspaniały!
Od samego początku choroby, modlili się o mnie wierzący, wiele, wiele osób w Jastrzębiu, Wodzisławiu i Wrocławiu. Modlono się i poszczono za mnie.
Miałam okazję w tym czasie być na ewangelizacji w Jastrzębiu, gdzie Słowo Boże głosił ewangelista i misjonarz - Abraham z Indii .
Podeszłam po spotkaniu do niego i on modlił się o mnie. Abraham prorokował między innymi, że będą szukać we mnie tego guza i nie znajdą. Jak się potem okazało proroctwo to wypełniło się. Alleluja! Jednak wciąż w tamtym momencie nie miałam dobrych wieści od lekarzy.
Czytałam wiele książek pisanych przez wierzących ludzi, którzy przeżyli cud uzdrowienia, moja wiara budowała się, czułam, że to zakorzenia się w moim sercu i już wszystko rozumiem a z rozumu zaczęły spływać Boże obietnice do mojego serca. Tylko Bóg wie ile godzin „przedreptałam” w szpitalu chodząc wokół wind i modląc się żarliwie do Boga, gromiąc w swoim ciele nowotwór, siedząc w świetlicy i czytając Biblię oraz książki o Bogu podczas gdy inni chorzy pili kawę i użalali się nad swoją ciężką dolą.
Kiedy wróciłam do szpitala mając poddać się operacji, wciąż modliłam się wyznając Boże uzdrowienie dla mnie, to była już walka na śmierć i życie. Z mojego szpitalnego okna widać było okna sali operacyjnej, gdy tylko tam spoglądałam przychodziły do mnie myśli o zwycięstwie i że tam mnie diabeł nie zobaczy!!!
Widząc chorych, wiezionych po operacjach, z kroplówkami i cewnikami mówiłam do siebie i do diabła, że nie zobaczy mnie on w tym stanie, bo Bóg ma dla mnie inne, dobre plany! Choć nic nie wskazywało na odmianę sytuacji ja wciąż wierzyłam i wyznawałam Boże Słowo. Nie było to wcale łatwe, czasem płakałam, szczególnie gdy lekarze nie ukrywali, że podczas operacji będą musieli mi usunąć część pęcherza i macicę (tak wynikało z rezonansu). A ja miałam od Boga Bożą obietnicę, że będę miała potomstwo, którą włożył poprzez Słowo do mojego serca już wcześniej! To mnie trzymało, wierzyłam, bo wierny jest Ten, który dał obietnice. Wierzyłam , że Bóg mnie z tego wyprowadzi i nie ważne co jeszcze lekarze mi zrobią albo co powiedzą, ja widzę już koniec czyli uzdrowienie. Nie do mnie należało znać miejsce i czas uzdrowienia.
I wszystko zaczęło się zmieniać. Na kilka dni przed operacją przyszedł do mnie lekarz, który zlecił wykonanie kolejnego usg. Gdy wykonywano mi to badanie stwierdził on , że nie widzi choroby i powiedział: „Gdzie jest ten guz?”. Ja wykrzyknęłam : „No właśnie!”. To było niesamowite. Zaraz też w obliczu wyników tego badania, postanowiono wykonać mi powtórny rezonans magnetyczny. Niestety, ordynator chirurgii nie zgodził się, bo stwierdził, że nic się przecież nie mogło zmienić, a rezonans w lutym i tomograf w kwietniu wykazywały zmiany w miednicy małej a sam ordynator badając mnie stwierdził istnienie guza. Wobec tego termin operacji podtrzymano na środę, a na weekend wysłano mnie na przepustkę.
Na przepustce modliliśmy się przez cały czas, aby moja sprawa nie schodziła ordynatorowi z myśli, aby Bóg pobudził jego serce i aby zgodził się na rezonans. Kiedy wróciłam do szpitala, przyszedł do mnie jeszcze jeden lekarz, który miał mnie operować, by mnie zbadać. Badał dokładnie, długo i szczegółowo, po czym stwierdził, że on tu nic nie czuje! Alleluja! Czekałam dalej aż przyszedł do mnie lekarz prowadzący, który orzekł, że ordynator zgodził się na powtórny rezonans!!!
Od tego momentu czułam, że wszystko kontroluje Bóg! To było niesamowite. Bóg uchronił mnie od operacji!
Na rezonans czekałam ok. 2 tygodni czyli dość długo, ale podczas gdy ludzie się denerwowali i niepokoili ja miałam pokój, który przewyższa wszelki rozum.
Bóg jest naprawdę dobry i wierny.
Rezonans magnetyczny wykazał brak istnienia guza w miednicy małej. Ordynator pełen niepewności zbadał mnie jeszcze raz i powiedział, że to jest bardzo trudna sprawa i daje ją na konsylium ogólnoinstytutowe. Zapytałam go czy na pewno ten pierwszy rezonans pokazywał zmiany typu guz a ten drugi już nie, odpowiedział mi, że właśnie tak jest! Ja powiedziałam, że to cud, ale ordynator stwierdził, że w medycynie cudów nie ma. Jak się okazuje – są i to Bóg jest ich sprawcą. Do dziś nie mam medycznego wytłumaczenia zniknięcia tego guza. Tylko ja i najbliżsi wiemy, co przeżyłam i że tylko Najwyższy może być sprawcą tego, co się wydarzyło. Wówczas wg słów: „Proście, aby radość wasza była zupełna” – moja radość właśnie taka wtedy była.
Mówiłam często, że nie umrę ale będę żyła i opowiadać będę dzieła Pana,
a wiec kiedy w czerwcu była ewangelizacja w dużej hali sportowej, opowiedziałam to świadectwo do 2000 zgromadzonych osób.
Głoszę to świadectwo gdzie tylko ludzie chcą słuchać bo każdy potrzebuje Ewangelii, która jest przecież dobrą nowiną.
Chwała niech będzie Jezusowi, który z tak wielkiego niebezpieczeństwa śmierci mnie wyrwał ... i nadal wyrywać będzie!
W grudniu 2001 roku narodziłam się na nowo i nawróciłam do Jezusa. Przeżyłam osobiste z Nim spotkanie i od tej pory doświadczam realności Jego obecności. Największą radością mojego życia jest odkrywanie na co dzień, że Bóg istnieje, Jego Słowo jest prawdą i On nagradza tych, którzy Go usilnie szukają. Jezus Chrystus jest rzeczywistością i On się nigdy nie zmienia, jest taki sam wczoraj, dziś i na wieki. Duch Święty objawia mi obietnice, które budują moją wiarę, ponieważ one po prostu się wypełniają. Żadna obietnica, którą dał Bóg jeszcze nie zawiodła, wypełniły się wszystkie. Bo Bóg posyła Swoje Słowo, które nie wraca do Niego puste, ale spełnia Jego wolę. Wiara to pewność tego czego się spodziewam, to przeświadczenie o tym czego jeszcze nie widzę – te słowa były i są dla mnie wielką podporą w bardzo trudnych chwilach mojego życia.
W grudniu 2001 roku lekarze rozpoznali u mnie złośliwe komórki nowotworowe. Na początku dramat, ale w chwilę później myśl, że jeśli ma nadejść dla mnie jakaś pomoc to może ona przyjść tylko ze strony Boga. Nic nie wiedziałam o Bożych obietnicach dotyczących uzdrowienia ale uchwyciłam się tej myśli. Zresztą nie było człowieka, który mógłby mi zapewnić pełne powodzenie w mojej sprawie, nawet lekarze mają tylko ograniczone możliwości. Nie wiedziałam co czynić. Byli przy mnie wierzący ludzie, którzy zachęcali do czytania Biblii. To moja siostra Basia ze swoim mężem Wojtkiem pierwsi modlili się o mnie jeszcze w dniu, w którym wróciłam do domu ze złymi wynikami.
Zaczęłam czytać Boże Słowo w desperacji. Rozpoczęłam od Psalmów i Bóg zaczął do mnie mówić. Chciałam tego i potrzebowałam bardzo. Powiedziałam, że zrobię dosłownie wszystko, bo chcę żyć. Wierzący mówili mi, że będę żyć, bo to jest wolą Bożą. Podkreślałam wszystkie wersety w Piśmie Świętym, które mnie dotykały a mówiły o zdrowiu i życiu. Zapisywałam każdy najdrobniejszy przejaw nadziei /np. gdy ktoś wypowiedział do mnie słowo pocieszenia lub to, co przeczytałam w Biblii i dotykało mnie/. Nie wstydziłam się prosić wszystkich o modlitwę, wyznawałam, że tylko w jej moc wierzę i tylko Bóg może mi pomóc.
Niejednokrotnie wprowadzałam zakłopotanie wśród znajomych samą mową o Jezusie, modlitwie i wierze, ale nie obchodziło mnie to, co powiedzą i pomyślą ludzie. I taką postawę pielęgnowałam. Zresztą w tej sytuacji byłam zdesperowana i konwenanse nie były dla mnie ważne. I Bóg przyznawał się do mnie. Odpowiadał mi na pytania, dawał obietnice, mówił w taki sposób, że nie miałam wątpliwości, że to On. Bóg jest dobrym Ojcem, możemy wołać do Niego „Abba Ojcze”. On zniża się do naszego poziomu aby okazać nam swoją miłość.
Tak naprawdę to Boża miłość zmieniła moje życie, nic innego, ale doświadczenie, że Bóg mnie kocha, jest mną zainteresowany i mogę czuć się w Nim bezpiecznie.
To trudno nawet opisać ale całe życie szukałam kogoś kto mógłby zapewnić mi poczucie bezpieczeństwa, miałam tak ogromną potrzebę kochania i doświadczenia miłości doskonałej , że aż pobłądziłam. Ale teraz wiem, że Bóg jest tym, który zaspokaja wszystkie moje potrzeby, żaden człowiek nie jest w stanie tego uczynić.
Niesamowitym było dla mnie odkrycie, że Bóg nie zesłał mi choroby, choć inni to tak tłumaczyli na swój ludzki sposób.
Żyłam w grzechu i niektórzy o tym wiedzieli. Nie robiłam zresztą nic co by
i inni ludzie na tym świecie nie robili. Łatwo grzech można wytłumaczyć sytuacją, prawem do szczęścia, tym, że inni też tak żyją. Prawda, którą Duch Święty mi pokazał była jednak inna.
Bóg dotknął mnie poprzez uświadomienie mi grzechu. Wówczas zaczęła się moja najprawdziwsza pokuta, wstyd i zwrot o 180 stopni, po prostu nawrócenie. Bóg uwolnił mnie natychmiast z chronicznej depresji trwającej ponad 2 lata. To było pierwsze namacalne działanie Boże.
Nie było dla mnie wówczas żadną trudnością spalić listy, które związywały mnie w smutku, wyrzucić książki i przedmioty związane z przeszłością, a które były dla mnie złe. Tak bardzo chciałam żyć. Wyrzekłam się złych słów, które wypowiadałam o moim życiu, dzięki którym mogłam sprowadzić na siebie chorobę i przekleństwo. Zaparłam się siebie, swoich własnych ludzkich pragnień życia po swojemu, poddałam się prowadzeniu Bożemu. To wcale nie było łatwe, jednak Słowo Boże mówiło wyraźnie co mam robić i jak żyć, wzięłam na siebie Krzyż związany z życiem po Bożemu. Przeprosiłam osoby, wobec których zawiniłam i wobec których wydawało mi się, że zawiniłam. Co jakiś czas Bóg pokazywał mi co jeszcze powinnam zrobić i to czyniłam. W efekcie tego uzdrowiła się moja relacja z córką, mężem, rodzicami. Mój tata zapytał skąd ja mam tę radość? I powiedział, że teraz to nawet nie potrafi się ze mną pokłócić!
Uzdrowienie fizyczne nie przyszło od razu. Teraz, po tylu miesiącach zmagań wiem, że ten czas służył ku zbudowaniu mojej wiary. Wiem, że każdy może zostać uzdrowiony przez wiarę. Jezus, gdy chodził po ziemi, przede wszystkim wypędzał demony, uwalniał, wstawiał się za potrzebującymi i uzdrawiał wszystkich, którzy do Niego się zwrócili. Dużym odkryciem było dla mnie to, że w Nowym Testamencie nie ma ani jednego fragmentu, w którym by Jezus kogoś, kto do Niego przyszedł nie uzdrowił. To świadczy o Bożej naturze, a Jezus był odbiciem natury i woli Boga. Nie uzdrawiał tylko tam, gdzie brak wiary ludzkiej na to nie pozwalał. Odkryłam też, że w wielu momentach Jezus najpierw odpuszczał grzechy a potem uzdrowienie było rezultatem nawrócenia się człowieka.
Oczekiwałam kiedy Bóg wybaczy mi grzechy i choć wiedziałam, że samo wyznanie grzechu uwalnia Boże przebaczenie to chciałam potwierdzenia i otrzymałam: Ps.103.9 „Bóg nie prawuje się ustawicznie i nie gniewa się na wieki”. Pamiętam była to niedziela i prosiłam w modlitwie Boga, by mi potwierdził, że wybaczył mi grzechy i wtedy to przeczytałam. Dotknęło mnie to Słowo bardzo.
Obecność Boża nie odstępowała mnie. Nie rozumiałam tylko dlaczego jeszcze ten guz, który było widać na zewnątrz w pachwinie, nie zniknął. Oczekiwałam tego.
„Nie puszczę się Ciebie, Boże, póki mi nie pobłogosławisz” - tak mówiłam. Jak ta kobieta cierpiąca na krwotok z determinacją przedostała się przez tłum i chwyciła się szaty Jezusa, i wierzyła, że będzie uzdrowiona tak i ja zrobiłam.
Jak ślepiec wołał do Jezusa „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną” . Jezus się zapytał: ”co chcesz abym ci uczynił”? Ślepiec odpowiedział: „Mistrzu, abym przejrzał”. Tak ja wołałam do Boga mówiąc:” Mistrzu aby guz zniknął”. Tak jak Jezus przeklął drzewo figowe i uschło ono od korzeni, tak ja przeklinałam guz we mnie i mówiłam niech uschnie i niech zniknie w Imieniu Pana Jezusa. Dowiedziałam się z Listów Apostolskich kim jestem w Chrystusie i że mogę w ten sposób mówić do gór aby się przeniosły, do guzów aby znikały, do chorób aby ustępowały. Jestem dzieckiem Bożym, siedzę z Jezusem po prawicy Boga Ojca
w niebie już teraz w wymiarze duchowym i mam wszystko, co jest na tej ziemi pod moimi stopami, mam władzę deptania po wężach i skorpionach i całej mocy nieprzyjacielskiej dzięki ofierze Jezusa na Krzyżu.
Łaknęłam każdego świadectwa od ludzi uzdrowionych lub dotkniętych Bożym cudem i Bóg dawał mi możliwości słuchania o tym. To było dla mnie ogromną pociechą. Wiara wzrastała.
Wykonywałam Boże Słowo z dziecięcą ufnością. Jest napisane aby starsi w wierze modlili się o chorego namaściwszy go oliwą w imieniu Pańskim. A modlitwa płynąca z wiary ma uzdrowić chorego. Jeśli o mnie chodzi to ten moment przyjmuję jako początek mojego uzdrowienia. Gdy wróciłam do domu po takiej modlitwie, przygotowywałam obiad i w pewnym momencie poczułam wyraźne ciepło w miejscu mojej choroby. Było to z pewnością nowe doświadczenie i na pewno nigdy przedtem czegoś takiego nie poczułam, niemniej wciąż nie miałam dobrych wieści od lekarzy.
Pamiętam też gdy byłam sama w domu, zapragnęłam aby ktoś był w tym czasie ze mną i przytulił mnie ale nie było nikogo w domu.
Po kilku minutach moja siostra przesłała mi SMS ze Słowem: „Ulubieniec Pana bezpiecznie mieszka przy nim, osłania go przez wszystkie dni, a w ramionach jego przebywa” /V Mojż. 33.12/.
Chwała Panu, czyż On nie jest cudowny?
Innym razem znów gdy obudziłam się rano, miałam świadomość, że całą noc przebywałam w obecności Pana Jezusa - to było cudowne przeżycie, którego pozwolił mi Bóg doświadczyć.
Kiedyś, również w nocy, obudziłam się w momencie uczucia wyrywanego mi
z głowy włosa. W tej chwili przeleciała mi myśl lub głos: „Włos ci z głowy nie spadnie”. Szukałam na drugi dzień w Biblii tych słów i znalazłam je w kilku miejscach jednak nie wiedziałam co mogą one znaczyć dla mnie. Po kilku dniach otrzymałam ich zrozumienie tj. Bóg dał mi przekonanie, że nie spotka mnie chemioterapia i jej skutki w postaci wypadania włosów. Po jakimś czasie właśnie lekarz powiedział mi, że czeka mnie długie leczenie chemią i radioterapią. Bóg zawsze uprzedzał mnie wcześniej o wydarzeniach
i uspokajał, dając Słowo. Obietnica ta wypełniła się – nie miałam chemii!
Poddałam się operacji, usunięto mi guza z pachwiny. Leżąc w szpitalu, po operacji, gdy wyjęto mi dren z nogi, noga mi napuchła, bardzo się przestraszyłam, modliłam się, aby Bóg był ze mną i pocieszył mnie. Otworzyłam tego wieczoru Biblię na zasadzie przypadku, na Ewangelii Łukasza 14.1-6 „Uzdrowienie w sabat cierpiącego na puchlinę wodną”. Tak się wtedy ucieszyłam, po prostu na łóżku zaczęłam się śmiać i chwalić Boga,
i powiedziałam o tym co mi się przydarzyło mojej współlokatorce. Ona wykrzyknęła: „Jezusie, tyś tu jest! A pani ma Ducha Świętego”!. Było to świadectwo Bożej obecności.
Jak się okazało, po badaniach wyciętego guza był to nowotwór złośliwy. Lekarze szukali dalej i po zrobieniu rezonansu okazało się, że jest jeszcze naciek tego guza w miednicy małej. Nie ukrywano, że to beznadziejna sprawa, bo nie do końca operacyjna, ponieważ biegnie pod naczyniami i nie ma do tego łatwego dostępu. Zdecydowali się więc na naświetlania przedoperacyjne, potem operację a potem znowu naświetlania wewnątrz pachwiny.
Zaczął się dla mnie koszmar. Przyjęto na oddział radioterapii, przygotowywano mnie do naświetlań i wykonywano dodatkowe badania. Moją sprawę przedstawiono na konsylium ogólnoinstytutowym.
Muszę przyznać, że i tu Bóg mnie prowadził, bo gdy przyjęto mnie w kwietniu na oddział w planie miałam tam być co najmniej 6 tygodni, a ja pragnęłam wyjechać na długi weekend majowy gdzieś nad morze aby odpocząć.
Z ludzkiego punktu widzenia było to niemożliwe, a jednak Bóg pokrzyżował plany lekarzy i dał mi wytchnienie, taką górę Horeb, gdzie mogłam odpocząć.
Lekarze zwolnili mnie ze szpitala pod koniec kwietnia, by ponownie przyjąć na początku maja i tak mogłam wyjechać z rodziną do Chorwacji na piękny wypoczynek. Tam spotkało mnie wypełnienie wizji, którą dostałam leżąc w rezonansie magnetycznym i bojąc się bardzo. Bóg włożył mi wtedy do serca pragnienie bycia z moim mężem /nie mieszkaliśmy ze sobą od dwóch lat/ i ukazał mi nas /mnie, męża i córkę/ w jakimś pięknym, słonecznym miejscu.
Tę wizję zachowałam i gdy Bóg połączył nas na nowo i wyjechaliśmy w maju do Chorwacji, spotkałam to miejsce z rezonansu, zatrzymaliśmy się tam i zrobiliśmy sobie zdjęcie. Bóg jest wierny i wspaniały!
Od samego początku choroby, modlili się o mnie wierzący, wiele, wiele osób w Jastrzębiu, Wodzisławiu i Wrocławiu. Modlono się i poszczono za mnie.
Miałam okazję w tym czasie być na ewangelizacji w Jastrzębiu, gdzie Słowo Boże głosił ewangelista i misjonarz - Abraham z Indii .
Podeszłam po spotkaniu do niego i on modlił się o mnie. Abraham prorokował między innymi, że będą szukać we mnie tego guza i nie znajdą. Jak się potem okazało proroctwo to wypełniło się. Alleluja! Jednak wciąż w tamtym momencie nie miałam dobrych wieści od lekarzy.
Czytałam wiele książek pisanych przez wierzących ludzi, którzy przeżyli cud uzdrowienia, moja wiara budowała się, czułam, że to zakorzenia się w moim sercu i już wszystko rozumiem a z rozumu zaczęły spływać Boże obietnice do mojego serca. Tylko Bóg wie ile godzin „przedreptałam” w szpitalu chodząc wokół wind i modląc się żarliwie do Boga, gromiąc w swoim ciele nowotwór, siedząc w świetlicy i czytając Biblię oraz książki o Bogu podczas gdy inni chorzy pili kawę i użalali się nad swoją ciężką dolą.
Kiedy wróciłam do szpitala mając poddać się operacji, wciąż modliłam się wyznając Boże uzdrowienie dla mnie, to była już walka na śmierć i życie. Z mojego szpitalnego okna widać było okna sali operacyjnej, gdy tylko tam spoglądałam przychodziły do mnie myśli o zwycięstwie i że tam mnie diabeł nie zobaczy!!!
Widząc chorych, wiezionych po operacjach, z kroplówkami i cewnikami mówiłam do siebie i do diabła, że nie zobaczy mnie on w tym stanie, bo Bóg ma dla mnie inne, dobre plany! Choć nic nie wskazywało na odmianę sytuacji ja wciąż wierzyłam i wyznawałam Boże Słowo. Nie było to wcale łatwe, czasem płakałam, szczególnie gdy lekarze nie ukrywali, że podczas operacji będą musieli mi usunąć część pęcherza i macicę (tak wynikało z rezonansu). A ja miałam od Boga Bożą obietnicę, że będę miała potomstwo, którą włożył poprzez Słowo do mojego serca już wcześniej! To mnie trzymało, wierzyłam, bo wierny jest Ten, który dał obietnice. Wierzyłam , że Bóg mnie z tego wyprowadzi i nie ważne co jeszcze lekarze mi zrobią albo co powiedzą, ja widzę już koniec czyli uzdrowienie. Nie do mnie należało znać miejsce i czas uzdrowienia.
I wszystko zaczęło się zmieniać. Na kilka dni przed operacją przyszedł do mnie lekarz, który zlecił wykonanie kolejnego usg. Gdy wykonywano mi to badanie stwierdził on , że nie widzi choroby i powiedział: „Gdzie jest ten guz?”. Ja wykrzyknęłam : „No właśnie!”. To było niesamowite. Zaraz też w obliczu wyników tego badania, postanowiono wykonać mi powtórny rezonans magnetyczny. Niestety, ordynator chirurgii nie zgodził się, bo stwierdził, że nic się przecież nie mogło zmienić, a rezonans w lutym i tomograf w kwietniu wykazywały zmiany w miednicy małej a sam ordynator badając mnie stwierdził istnienie guza. Wobec tego termin operacji podtrzymano na środę, a na weekend wysłano mnie na przepustkę.
Na przepustce modliliśmy się przez cały czas, aby moja sprawa nie schodziła ordynatorowi z myśli, aby Bóg pobudził jego serce i aby zgodził się na rezonans. Kiedy wróciłam do szpitala, przyszedł do mnie jeszcze jeden lekarz, który miał mnie operować, by mnie zbadać. Badał dokładnie, długo i szczegółowo, po czym stwierdził, że on tu nic nie czuje! Alleluja! Czekałam dalej aż przyszedł do mnie lekarz prowadzący, który orzekł, że ordynator zgodził się na powtórny rezonans!!!
Od tego momentu czułam, że wszystko kontroluje Bóg! To było niesamowite. Bóg uchronił mnie od operacji!
Na rezonans czekałam ok. 2 tygodni czyli dość długo, ale podczas gdy ludzie się denerwowali i niepokoili ja miałam pokój, który przewyższa wszelki rozum.
Bóg jest naprawdę dobry i wierny.
Rezonans magnetyczny wykazał brak istnienia guza w miednicy małej. Ordynator pełen niepewności zbadał mnie jeszcze raz i powiedział, że to jest bardzo trudna sprawa i daje ją na konsylium ogólnoinstytutowe. Zapytałam go czy na pewno ten pierwszy rezonans pokazywał zmiany typu guz a ten drugi już nie, odpowiedział mi, że właśnie tak jest! Ja powiedziałam, że to cud, ale ordynator stwierdził, że w medycynie cudów nie ma. Jak się okazuje – są i to Bóg jest ich sprawcą. Do dziś nie mam medycznego wytłumaczenia zniknięcia tego guza. Tylko ja i najbliżsi wiemy, co przeżyłam i że tylko Najwyższy może być sprawcą tego, co się wydarzyło. Wówczas wg słów: „Proście, aby radość wasza była zupełna” – moja radość właśnie taka wtedy była.
Mówiłam często, że nie umrę ale będę żyła i opowiadać będę dzieła Pana,
a wiec kiedy w czerwcu była ewangelizacja w dużej hali sportowej, opowiedziałam to świadectwo do 2000 zgromadzonych osób.
Głoszę to świadectwo gdzie tylko ludzie chcą słuchać bo każdy potrzebuje Ewangelii, która jest przecież dobrą nowiną.
Chwała niech będzie Jezusowi, który z tak wielkiego niebezpieczeństwa śmierci mnie wyrwał ... i nadal wyrywać będzie!
Ewa Rduch


